Nad rzeką, która szybko płynie

Ośnieżona ulica z szyldem „Refillery” i zegarem – to historyczne centrum miasta Saskatoon, dzielnica Broadway.

Jako że nastąpiła zima, czas na zimowe klimaty. Cóż, przenieśmy się do krainy śniegu, lodu, łosi i jeleni. Laponia? Nie! A co powiecie na Saskatchewan?

Nie brzmi ta nazwa zbyt znajomo ani świątecznie. Saskatchewan to kanadyjska prowincja, której nazwa pochodzi od rzeki Saskatchewan, a ta z kolei wywodzi się z języka Kri. Słowo kisiskāciwani-sīpiy oznacza „rzekę, która szybko płynie” – i mniej więcej z taką samą prędkością przepływa wraz z nią śnieg, wiatr i całe moje świąteczne (Boże Narodzenie i Nowy Rok) życie na emigracji.

Minusowe temperatury w Kanadzie nie będą dla nikogo zaskoczeniem. Patrzycie na rzekę i widzicie, że nie jest zamarznięta. Niezłe, prawda? Wszędzie śnieg, a lodu brak – pewnie idealna temperatura. Unosząca się nad wodą para złośliwie podpowiada jednak coś innego. Woda jest lodowata, ale różnica między nią a powietrzem jest tak drastyczna, że nawet zero stopni Celsjusza to nic w porównaniu z minus trzydziestoma nad poziomem wody. Rzeka nie zamarza, bo nurt jest bardzo szybki. Nikt rozsądny nie kąpie się w niej nawet latem – prądy mogą cię dosłownie „wciągnąć”.

Miejscowi są do chłodu przyzwyczajeni. Mróz nie przeszkadza im instalować jaskrawych dekoracji na podwórkach: światełek, bałwanów, nadmuchiwanych figur Świętego Mikołaja. Jak w Polsce, w Starbucksie rozbrzmiewają świąteczne piosenki, a rodziny zbierają się razem przy stołach i piekarnikach na wigilijną kolację. Zamiast karpia – indyk, zamiast grzańca – hot cider (bezalkoholowy cydr z cynamonem na gorąco).

Istnieją jednak i inne, mniej oczywiste różnice. Rdzenne społeczności tych terenów od pokoleń wiedzą, jak żyć z mrozem. Jedną z praktyk, z którymi zetknąłem się w Saskatchewan, jest tzw. sweat lodge – tradycyjna, prowadzona przez starszyznę ceremonia w łaźni parowej. To nie tylko sposób na rozgrzanie się do tego stopnia, że przez chwilę naprawdę masz ochotę wyjść na zewnątrz, lecz przede wszystkim ważny rytuał oczyszczania się duchowo i fizycznie oraz budowania więzi
we wspólnocie.

Tylko na ulicy nikogo. Wszyscy docierają do celu samochodami, rzadziej pojedynczymi, spóźnionymi autobusami. Miasta takie jak Saskatoon, mimo rozwijającego się systemu komunikacji, są nastawione na samochody. Autobusy są po prostu zawodne. Kiedyś chciałem dostać się do pracy, ale autobus odjechał trzy minuty przed czasem, zostawiając mi tylko jedną opcję – iść pieszo do centrum. Temperatura nie była jedynym problemem. Gorszy był dziki wiatr, charakterystyczny dla prerii praktycznie pozbawionych drzew. Dotarcie do pracy nie było więc zwykłym doświadczeniem, tylko małym osiągnięciem. Zaparkowanych na zewnątrz samochodów nie zostawia się tu „samych sobie” – wszędzie stoją ładowarki do akumulatorów. Przy takich temperaturach bez ładowarki auto może odmówić współpracy już po krótkim postoju. Nikt nie ryzykuje zostać bez środka transportu
przy –40°C.

Mało kto spodziewa się zimy latem. Tradycja jest taka, że przeklina się tego, kto latem wspomina zimę – podobno wtedy przychodzi szybciej. A jednak, poza przytulnym wnętrzem jednopiętrowego domu wyglądającego jak z amerykańskiego filmu świątecznego, warunki na zewnątrz nie są
wcale przyjacielskie.

Jest za zimno, żeby organizować jarmarki świąteczne, może poza kilkoma stanowiskami w uniwersyteckich tunelach, gdzie studenci w czerwonych czapkach sprzedają piernikowe ciastka, gingerbread cookies. Mimo całego surowego klimatu każdy jest w stanie znaleźć tu swoje świąteczne klimaty – w głębokim śniegu za oknem, z kubkiem gorącej czekolady w ręku, w ciepłym mieszkaniu. Dla tych, którzy wolą coś bardziej „rozgrzewającego”, też coś się znajdzie – wódka w prowincji Saskatchewan jest wyjątkowo smaczna i czysta, ale to już historia na inną opowieść.

Fot. Andrii Hrynko

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*