Gol krytykowanego zmiennika = tytuł mistrza świata

Prezydent USA i szef FIFA gratulują zwycięstwa zespołowi Hiszpanii.

Finał mistrzostw świata w piłce nożnej przeszedł do historii. Choć pod wieloma względami samo widowisko sportowe nie rozpieszczało widzów zgromadzonych na MetLife Stadium, to ostateczny triumf reprezentacji Hiszpanii, która pokonała Argentynę 1:0 po dogrywce, należy uznać za w pełni zasłużony. La Roja przeważała, prezentując dojrzałość oraz wzorową zespołowość, która stała się znakiem rozpoznawczym Hiszpanów w tym turnieju.

Antyfutbol obrońców tytułu. Reprezentacja Argentyny wyszła na to spotkanie z niezwykle zachowawczym, wręcz destrukcyjnym nastawieniem. Zamiast finezji, kibice zobaczyli festiwal brutalnych zagrań i przekraczania granic dobrego smaku. Albicelestes całkowicie oddali inicjatywę, co najlepiej podsumowują pomeczowe statystyki: podopieczni Lionela Scaloniego zdołali oddać zaledwie trzy strzały w całym meczu, z czego ani jeden nie leciał w światło bramki.

Agresja na boisku eskalowała z każdą minutą. Choć pod koniec drugiej połowy z czerwoną kartką wyleciał Enzo Fernández (konsekwencja drugiej żółtej), to największe kontrowersje wzbudziło zachowanie Leandro Paredesa. Zdaniem wielu obserwatorów i ekspertów, pomocnik powinien zostać wyrzucony z murawy znacznie wcześniej. Ostatecznie czerwień zobaczył dopiero po zakończeniu spotkania – w przypływie frustracji zaatakował świętującego sukces Gaviego.

Ferran Torres ucisza krytyków i… własnego dziadka. Gdy wydawało się, że o losach mistrzostwa zadecydują rzuty karne, nadeszła 106. minuta. Bohaterem narodowym Hiszpanii został rezerwowy Ferran Torres, który pojawił się na boisku w drugiej połowie. Napastnik Barcelony od dłuższego czasu znajdował się pod ostrzałem opinii publicznej – wypominano mu nieskuteczność we wcześniejszych fazach turnieju i brak zimnej krwi w kluczowych momentach. Presja była tak ogromna, że przed rozpoczęciem mundialu nawet jego własny dziadek publicznie powątpiewał w strzeleckie popisy wnuka. Ferran w całym turnieju zdobył tylko jedną bramkę – ale było to trafienie na wagę złota, które dało Hiszpanii drugi w historii tytuł mistrza świata i raz na zawsze uciszyło jego krytyków.

Polityczny teatr w loży honorowej. Finał miał również niezwykle elektryzujący kontekst pozasportowy. Na trybunach doszło do spotkania liderów państw, których relacje uchodzą za co najmniej chłodne. Z perspektywy gospodarza, Donalda Trumpa, był to mecz nielubianej przez niego Hiszpanii z rządzoną przez jego politycznego sojusznika, Javiera Mileia, Argentyną. Niechęć Trumpa do rządu w Madrycie wynika m. in. z niskich nakładów Hiszpanii na obronność w ramach NATO oraz stanowczego sprzeciwu tamtejszych władz wobec amerykańskiej interwencji zbrojnej w Iranie. Mimo napiętej atmosfery, protokół dyplomatyczny został zachowany – przed meczem nie doszło do żadnych zgrzytów, a Donald Trump przywitał się z premierem Hiszpanii, Pedro Sánchezem.

Amerykanizacja mundialu poróżniła kibiców. Mecz finałowy przyniósł także nowości organizacyjne, które wywołały burzliwą dyskusję w świecie futbolu. W przerwie spotkania kibice na stadionie i przed telewizorami zobaczyli widowisko muzyczne – tzw. Half Time Show. Na specjalnie zaaranżowanej scenie wystąpiły megagwiazdy światowej muzyki, w tym Shakira oraz Justin Bieber. Ta wyraźna amerykanizacja MŚ, przeniesiona z finałów Super Bowl, mocno poróżniła środowisko kibiców. Część fanów była zachwycona nowoczesnym show i rozmachem, podczas gdy tradycjonaliści narzekali na sztuczne rozciąganie widowiska i zabijanie klasycznego, piłkarskiego klimatu. Przerwa trwała bowiem 27 minut…

Fot. Bartłomiej Najtkowski – ekran tv TVP Sport

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*