Purpurowe i zielone wstęgi przecinające niebo to widok, który zazwyczaj kojarzymy z mroźną Skandynawią czy Islandią. Ostatnio okazało się jednak, że przy odpowiedniej aktywności Słońca granice geograficzne przestają mieć znaczenie.
Nad całą Polską rozegrało się widowisko, które z pewnością przejdzie do historii krajowych obserwacji astronomicznych, nie tylko ze względu na swoją intensywność, ale przede wszystkim na niespotykaną dotąd skalę. Od bałtyckich plaż po tatrzańskie szczyty, niebo zapłonęło kolorami, których próżno szukać w codziennym krajobrazie. Intensywny fiolet, głęboka czerwień i szmaragdowa zieleń były widoczne nie tylko w najciemniejszych zakątkach kraju, ale przebiły się nawet przez agresywną łunę miejskich świateł.
Mieszkańcy Poznania, Warszawy czy Wrocławia, zazwyczaj skazani na widok zaledwie kilku najjaśniejszych gwiazd, tym razem mogli podziwiać potężne świetlne kurtyny rozciągające się niemal po sam zenit. To, co działo się nad zachodnim i północnym horyzontem, trudno nazwać zwykłym zjawiskiem atmosferycznym; był to dynamiczny taniec świateł, który zmieniał się na oczach obserwatorów, przybierając formy od delikatnych mgławic po wyraźne, pionowe filary światła.
Przyczyna tego spektaklu leży 150 milionów kilometrów stąd. Potężny koronalny wyrzut masy ze Słońca uderzył w ziemską magnetosferę z siłą, która zepchnęła owal zorzowy ekstremalnie daleko na południe. Nasza dzienna gwiazda znajduje się obecnie w fazie maksimum swojej aktywności w 11-letnim cyklu, co oznacza, że jest wyjątkowo niespokojna. Gdy miliardy ton naładowanych cząstek uderzają w ziemskie pole magnetyczne, nasza atmosfera zaczyna świecić niczym gigantyczna neonówka.
Ostatnia burza geomagnetyczna osiągnęła parametry, które zdarzają się raz na dekadę, zamieniając niebo nad Europą Środkową w gigantyczny ekran kinowy. Intensywność tego zderzenia była tak duża, że zorza przestała być jedynie subtelną poświatą rejestrowaną przez czułe matryce aparatów, a stała się realnym doświadczeniem dostępnym dla każdego, kto akurat zdecydował się spojrzeć w górę.
Wszystko wskazuje na to, że natura wciąż potrafi rzucić na kolana nawet najbardziej sceptycznych obserwatorów, a ta noc była jedynie przedsmakiem tego, co może przynieść nadchodzący rok. Jeszcze kilka lat temu zorza polarna w Polsce była tematem dla nielicznych pasjonatów uzbrojonych w profesjonalny sprzęt i cierpliwość. Dziś, dzięki niespotykanej sile burz magnetycznych, spektakl stał się doświadczeniem masowym.
Maksimum słoneczne dopiero nabiera tempa, a to oznacza, że warto trzymać rękę na pulsie i częściej zerkać w kierunku północnego horyzontu. Jeśli ostatnie wydarzenia są zapowiedzią trendu, to rok 2026 ma szansę zostać zapamiętany jako rok polskiej zorzy, w którym to, co nieuchwytne i egzotyczne, staje się częścią naszej lokalnej rzeczywistości.
Fot. Kacper Wałek

Zorza na nocnym niebie nad Poznaniem. Mieszkańcy i pasjonaci gwiezdnych zjawisk zgłaszali obserwacje tego efektownego tańca światła w nocy z 19 na 20 stycznia i z 20 na 21 stycznia.
Zielona, a czasem różowa, poświata zorzy polarnej widoczna była gołym okiem, pomimo miejskiego światła. Fotografie i relacje świadków trafiły do sieci oraz mediów społecznościowych.
Przyczyną zorzy był potężny wybuch klasy X1.9, który wyrzucił ogromne ilości naładowanych cząstek. Tak zwaną koronalną wyrzutnię masy. Gdy ta burza słoneczna dotarła do Ziemi, spowodowała gwałtowne zaburzenia w polu magnetycznym.
Dla wielu poznaniaków było to nie tylko rzadkie, ale i niezwykle emocjonujące przeżycie.
Fot. Adrian Smoch
Dodaj komentarz